niedziela, 28 czerwca 2015

Efekt JOW

JOW to wbrew pozorom nie dźwięk wydawany przez dzikie zwierzę, lecz oznaka konkretnej zmiany. JOW-y czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, stały się w naszym kraju jednym z czołowych tematów za sprawą pewnego muzyka, który śpiewał: bo tutaj jest jak jest... Jest źle? W takim razie czas na zmianę, na lepsze. Zmianę, która nie jest wynikiem ślepego pędu ku czemuś, co będzie wyjściem z obecnej sytuacji, lecz przemyślanym krokiem ku realnym reformom w Polsce. 

Nie sposób mówić o JOW-ach bez wspominania o tym, który jest powodem całego tego zamieszania. Mowa rzecz jasna o Pawle Kukizie, który śpiewająco utorował sobie drogę do świata polityki. Nazywany populistą, drugim Tymińskim czy zwykłym epizodem w życiu politycznym naszego kraju. Wszystkie te określenia bledną gdy przyjrzymy się jego wynikowi w minionych wyborach prezydenckich czy sondażach, które wskazują na bardzo wysokie poparcie dla jego ugrupowania. Jest to ewidentny fenomen na skalę całego kraju. Temat JOW-ów był strzałem w dziesiątkę, gdyż świetnie połączył antysystemowe nastroje z od dawna podnoszonym przez wielu obywateli postulatem.

Popularność JOW-ów sprawiła, że rządzący postanowili wykorzystać ten fakt. Uznali to za prosty sposób dotarcia do dużej grupy wyborców. Stąd 6 września odbędzie się referendum, w którym zadane nam będą 3 pytania. Brzmią one następująco:

1. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?

2. Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?

3. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika?


Formuła tego referendum mogłaby brzmieć: 3 X TAK. Widzimy jednak, że drugie pytanie sformułowano w taki sposób, że różni się ono od dwóch pozostałych. O ile pytania numer jeden i trzy dotyczą wprowadzenia zmian, o tyle pytanie drugie sugeruje utrzymanie dotychczasowego stanu rzeczy. Środowiska postulujące na rzecz zmian w systemie proponują głosowanie w formie: TAK, NIE, TAK.

 

Wspierający JOW-y to w dużej mierze ludzie twardo stąpający po ziemi. Sceptycznie przeglądają się obecnej scenie politycznej i przemianom jakie się na niej dokonują. Chcą usunięcia z życia publicznego nieskutecznych polityków i tego, by ich głos trafiał do ludzi, którzy będą ich godnie reprezentować. Nie wierzą w cuda. Zdają sobie sprawę, że JOW-y to nie magiczny klucz, który otworzy im wrota do Shangri-La, ale będzie pierwszym krokiem ku pożądanej zmianie. Ruch związany z JOW-ami to w dużej mierze głos młodego pokolenia. 

Dodatkowym atutem zmiany w ordynacji wyborczej jest fakt, że ułatwi ona start w wyborach osobom bezpartyjnym. Obecny system w znacznej mierze faworyzuje partie polityczne, przez co utrudnia obywatelom kontrolę nad wybranymi posłami. Wybranemu posłowi zależy głównie na pozyskaniu uznania władz partyjnych, zamiast na spełnieniu woli wyborców. Nic dziwnego, że panujące stosunki określa się mianem partiokracji, której zwolennicy JOW-ów mówią stanowcze: NIE. Kolejnym plusem proponowanej zmiany jest wzrost aktywności społecznej. Obywatele aktywnie zaczną udzielać się w życiu społecznym, kiedy zauważą że ich działania mają realny wpływ na politykę krajową. W końcu: czy coś motywuje bardziej niż widoczne efekty naszej pracy?



Nie byłbym sobą, gdybym na koniec nie zamieścił krótkiego komentarza od siebie. Większość zapewne zapyta: po co Ci to wszystko? Ano po to, że mam już dość od ponad 20 lat narzekania na politykę i na to, że żyjemy w kraju bez perspektyw. Jak widać, kolejne wybory nic nie zmieniają w tym systemie. Skoro więc gracze się zmieniają, a poziom gry wciąż kuleje, to najwidoczniej zasady są złe. Cytując klasyka można rzec: "Nie pytaj, co Twój kraj może zrobić dla Ciebie, lecz co Ty możesz zrobić dla swojego kraju". Chcę żeby w moim kraju, można było normalnie żyć i pracować, a wpływ na sprawy Polski mieli nie tylko aparatczycy partyjni, ale wszyscy obywatele RP.

Wszystkim, którzy zainteresowani są tematem JOW-ów i chcą wspólnie pomóc zmieniać polską rzeczywistość odsyłam do poniższych stron:

https://ruchjow.pl/#/

http://jow.pl/

http://www.potrafisz-polsko.pl/

http://ruchkukiza.pl/

wtorek, 9 czerwca 2015

Nie rób krzywdy swojemu dziecku!


Dziecko przeszkadza, hałasuje, wymaga ciągłej uwagi, więc puśćmy mu bajkę z laptopa! Kupimy w ten sposób półtorej godziny spokoju...

Bajkę... Tylko jaką bajkę? Najlepiej jakąś współczesną kreskówkę. Wybieramy po okładkach albo plakatach. Mamy coś interesującego. Dziewczynka w towarzystwie kotka i pluszowej lalki przygląda się małym, świecącym drzwiczkom. Stary motyw magicznego przejścia ukrytego w domu kojarzy się nam trochę z „Opowieściami z Narnii”. Włączamy więc animację dziecku. To „Koralina i tajemnicze drzwi”. Zostawiamy dziecko samotnie z filmem. Nie zauważyliśmy, że to horror dla dorosłych. Na ekranie czarownica porywa dzieci, żeby wydłubać im oczy...




Może wybraliśmy inną bajeczkę? Może zainteresował nas plakat z małym reniferkiem? Wygląda jak europejska wersja „Bambi”, tylko że robiona na komputerach. „Renifer Niko ratuje święta” i później „...ratuje brata”. Podczas projekcji mały widz dowiaduje się, że rodzice głównego bohatera się rozwiedli. A w zasadzie to spędzili ze sobą tylko jedną noc. Ojciec w ogóle nie chce mieć z rodziną nic do czynienia. Matka poznaje nowego partnera. Partner też ma dziecko z poprzedniego związku. Tak więc przyszywani bracia muszą się zaakceptować. Na koniec ich rodzice wydają na świat kolejne dziecko, które jest półbratem dla obu reniferków. Mały widz dość brutalnie zostaje uświadomiony, że nie znając nawet czyjegoś imienia, można mieć z nim dziecko.



„Za mało jest na świecie miłości. Odwróćcie się do sąsiada! Poczochrajcie go troszkę, a potem bara-bara” – z jakiego filmu to tekst? Dla ułatwienia podam kolejny: „Udam się teraz do mojej samotni i będę przedłużał gatunek. No, moje panie, która najpierw?”. To lista dialogowa z nagrodzonego Oscarem „Happy Feet: Tupot małych stóp”. Zapewniam, że oglądając pierwsze 15 minut nie zgadniemy, jakie ciekawostki z życia seksualnego pingwinów dziecko pozna przez kolejne półtorej godziny.




Oczywiście, że istnieją piękne, wzruszające współczesne animacje dla dzieci z wartościowym przesłaniem. Jak je odnaleźć wśród zalewu ideologicznego lub okultystycznego badziewia? Pewnie myślisz, Drogi Czytelniku, że z pomocą przyjdą recenzenci. Kto recenzuje filmy dla dzieci w największym polskim serwisie filmowym? Między innymi stały współpracownik „Playboya”. Nazwiska oszczędzę, podobnie jak nazwy serwisu, choć sam się tam chwali taką biografią. W takim razie trudno się dziwić, że – na ogół – internetowym recenzentom nie przeszkadzają seksualne aluzje w dialogach czy animacji postaci.

„Cóż więc mamy czynić?” – ewangelicznie mogliby zapytać rodzice. Nie mam złotej rady. Na pewno ani uśmiechnięta, zielona buźka w telewizji, ani nagroda Akademii, ani przychylna opinia „stałego współpracownika Playboya” nie powinny osłabiać czujności tych, którzy przed ołtarzem przysięgali po katolicku wychować swoje dzieci. W tym przypadku najlepsze, i zarazem najtrudniejsze, rozwiązanie składa się z dwóch elementów. Po pierwsze warto ze swoim dzieckiem jak najczęściej rozmawiać. Wtedy będziemy mogli poznać i na bieżąco wyprostować mądrości, które mały widz przyswoił z ekranu.

Po drugie filmy dla dzieci warto weryfikować. Osobiście próbuję to robić i wyniki analiz publikuję na swojej stronie w internecie. Mam nadzieję, że zarówno ten tekst, jak i wspomniana strona, okażą się dla Państwa pomocą.

Paweł Kostowski

http://filmydladzieci.net/

Autor prowadzi stronę FilmyDlaDzieci.net