niedziela, 25 października 2015

Co przyniesie jutro?

Takiego scenariusza nie przewidziałby wróż Dawid. PiS na czele, PO w ogonie. Niby nic dziwnego, ale jednak człowiek czuje jakiś dysonans. Sytuacja się zmienia. Przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Państwo wyznaniowe? Ciemnogród? Republika kościelna? Z lampką wina człowiek przypatruje się i rozważa swój los. W międzyczasie czyta komentarze na facebooku i stara się zrozumieć, wyjątkowo umiarkowany wylew hejtu. 


Wspólnie z kolegą blogerem, Łukaszem poczuliśmy się wywołani do tablicy.

Powracają jak refren w nudnej piosence tematy smoleńska, pancernej szafy w której ukrywa się Macierewicz i masowej emigracji. Jak widać wielu w nieskończoność odkłada plany o wyjeździe. Być może pakują dobytek z państwa znajdującego się w ruinie. Kto przegrał? Demokracja, to pewne. Frekwencja wynosząca około 51,6 % to śmiech na sali. Okazuje się, że większość społeczeństwa żąda praw, z których tak naprawdę w ogóle nie korzysta. No bo czy ruszenie tyłka raz na 4 lata, żeby postawić krzyżyk na kartce to taki wielki wysiłek? Niech każdy odpowie sobie na to sam. 

Tymczasem cieszy duża roszada w sejmie. Pojawienie się partii Kukiz w składzie to na pewno inwestycja w nową jakość. Nowoczesna? Hmmm izraelscy bankierzy mają w końcu jawną reprezentację. PSL jest jak film, "Niekończąca się opowieść", myślę, że ich obecności w sejmie możemy się spodziewać do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co do partii KORWIN to bez względu na wszystko uważam, że przekroczenie progu należy im się jak psu buda. Należy docenić wysiłki przede wszystkim młodych ludzi działających w tym ruchu. Ugrupowanie RAZEM? WOW! Dowód na to, że media to rzeczywiście czwarta władza. W 3 dni udało im się osiągnąć ponad 4 %, dzięki wzmożonej promocji przez media. Dwie główne partie? Wynik PO to konsekwencja ich działań i decyzji. Wszelkie żale i pretensje są wielce nieuzasadnione. Wynikają one jedynie z niezrozumienia sytuacji i tego, że naprawdę oderwali się od rzeczywistości. Gratuluję zwycięstwa Jarkowi i temu, że wyskoczył z kapelusza. Jednak nie o zwycięstwo partii tu chodzi. Najważniejsze jest zwycięstwo Polski i miejmy nadzieję, że za tej kadencji do tego właśnie dojdzie.

"Zapisane na maszynie", Bartosz Orzechowski

Zdanie Łukasza:
Wybory parlamentarne nie przyniosły właściwie większego zaskoczenia. Można by powiedzieć, że wyniki dało się wywróżyć z fusów w kawie, co zresztą dzielnie czynił od samego rana #bazarek wraz z całą Twitterową społecznością. I nie było w tym nic złego - ceny pistacji, pomidorów i ciasteczek bawiły wielu Polaków przez tych kilka godzin oczekiwania i nadziei, by w końcu połączyć nas we wspólnym „bulu”.

Prawdę powiedziawszy nie mogę się doczekać wszystkich komentarzy, których będę słuchał przez najbliższy miesiąc, że z powodu wygranej PiSu większość moich znajomych opuszcza kraj i leci razem z córką premier Kopacz do Kanady, by zapuścić brodę i zostać drwalem. Ja tu natomiast zostanę i cierpliwie poczekam na jakiekolwiek zmiany, bo te… jeśli kiedykolwiek nadejdą, to nie prędzej jak za 50 lat. Czy to będą pistacje, czy pomidory, czy nawet umywalki - wszystko jedno. Wszyscy oni „po godzinach” przecież spotykają się przy jednym stole, by wspólnie obalić niejedną butelkę wysokoakcyzowych trunków. Więc jaka różnica, czy nazwiemy to katarem, czy przeziębieniem?

Co do Pawła Kukiza i Ryszarda Petru - miło, że wpadliście. Szkoda jednak, że PSL nie doczeka się wicepremiera, bo na jego stanowisku zasiądzie jeden z rezydentów Wawelu. Poza jednak całą tą średniowieczną otoczką nie powinno zmienić się zupełnie nic.

Wspólnie więc zaśpiewajmy…

"O wszystkim i o niczym", Łukasz Heger

Blog Łukasza :)




czwartek, 22 października 2015

Jak dobrze być nieszczęśliwym!

Tytuł może sugerować, że tekst ten będzie rzewnym lamentem emo ludka, który kończy szkicować żyletką mapę topograficzną Czechosłowacji na swoich plecach. Prawda jest taka, że będzie to autentyczne wyznanie tego, co dobrego dać nam może smutek. Dobrze przeczytaliście. Uczucie, delikatnie mówiąc: niepożądane przez wielu, okazuje się być często trampoliną do wielkich zmian. Odłóżcie więc na bok wszelkie antydepresanty i wszystko, co wciągacie, aby ujrzeć tęczę przed oczami. Ten tekst pokaże Wam, że na jej końcu nie ma garnca ze złotem. Deszcz za to niczym chrzest, obmywa i przygotowuje nas do wkroczenia w nową rzeczywistość. 


Świat, w którym żyjemy, nie sprzyja nieszczęśnikom. Chociaż Dr. House miał wielu fanów, to niewielu chciałoby dzielić jego los. Media pakują nam do głowy przekaz, że wszyscy mamy być radośni i uśmiechać się na każdym kroku jak kretyni. Jesteśmy bombardowani przekazem w stylu "myśl pozytywnie, to osiągniesz sukces i przyciągniesz do siebie ludzi". W reklamach czy na okładkach kolorowych czasopism widzimy uśmiechnięte twarze. Jeśli nie jesteś szczęśliwy, to zwyczajnie nie pasujesz do utopijnego społeczeństwa, wykreowanego przez współczesne media i powinieneś zostać wykluczony. W tym całym szaleństwie zapomnieliśmy, że smutek to emocja, jak każda inna i widać jest nam do czegoś potrzebna. 

Nieszczęśliwe sytuacje czy niepowodzenia najczęściej zmuszają nas do zmiany. Sprawiają, że nie zatrzymujemy się w miejscu, ale z dnia na dzień stajemy się coraz lepszą wersją siebie. Radość to przyjemne uczucie, jednak w gruncie rzeczy nie jest ono zbyt budujące. Gdybyśmy żyli wciąż zadowoleni, nie czulibyśmy potrzeby do rozwoju. Problem w tym, że wielu postrzega smutek jako coś niechcianego i za wszelką cenę próbuje go unikać. Często stosując przy tym różnorakie używki. To błąd! To jak próba zakneblowania wewnętrznego głosu, który woła do nas coś w stylu: "Stary Twoje życie się wali! Rusz tyłek i zrób coś z tym, bo inaczej będziemy tkwić w tym szambie".

Jednym z cytatów, który często przywołuję jest: "W życiu nie chodzi o to żeby przeczekać burzę, lecz by nauczyć się tańczyć w deszczu". Moim zdaniem jest to kwintesencja tego, czym tak naprawdę jest nasze życie. Tak już jest, że złe rzeczy będą się przytrafiać dobrym i złym ludziom. Niezależnie od tego czy dokarmiasz biedne dzieci z Somalii, czy jesteś jednym z tych wrednych kolesi, którzy jadą 40 km/h lewym pasem jezdni. Życie prędzej czy później Cię dopadnie i da tęgi wycisk. Pytanie: jak Ty zachowasz się w tej sytuacji. To nasze podejście decyduje o tym, czy nieszczęście, które nas spotkało, doprowadzi do polepszenia jakości naszego życia. Jeśli potraktujemy przeciwności losu jak wyzwanie, to odkryjemy w sobie pokłady odwagi i determinacji, o jakich wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Okaże się, że mamy realny wpływ na zmianę naszej sytuacji. Myślę, że nieszczęścia, jakie nam się przydarzają sprawiają, że rozwija się nasza samoświadomość. Jedyny problem to zrobić pierwszy krok w tym kierunku.



















Jak nieszczęścia wyzwalają z nas nasze ukryte pokłady energii można zaobserwować na przykładzie wielu filmów, czy książek. Główny bohater w swojej wędrówce napotyka na trudności. Nadchodzi moment w jego życiu, który sprawia, że staje się ono gorsze. Bruce Wayne traci rodziców, Shrek traci swoją samotnię na bagnie, Andy Dufrense trafia do więzienia Shawshank, a Kevin... zostaje sam w domu. Ten schemat powtarza się wielokrotnie. Dopiero przykre sytuacje życiowe sprawiają, że wspomniane postacie uwalniają swój potencjał. Podobnie jest z nami. Często nie wiemy nawet, kim moglibyśmy być, dopóki się tym kimś nie staniemy. Sami nie jesteśmy w stanie zmobilizować się do działania, póki los nie przyprze nas do muru. Patrząc na efekty sytuacji krytycznych w naszym życiu, można by rzec, że byłyby one przez nas wręcz pożądane.

I ja w pewnym momencie swojego życia znalazłem się w nieciekawym położeniu. Moja sytuacja była dla mnie skrajnie nie do zaakceptowania, ale wmawiałem sobie, że tak musi być. Inni są zadowoleni, poklepują mnie po plecach i kibicują. Jest stabilnie, lecz... niedobrze. Mnie to nie satysfakcjonowało. Czułem się nieszczęśliwy i jasno widziałem, że znalazłem się w swoim życiu na drodze, na której nigdy nie chciałem się znaleźć. W tym czasie stało się dla mnie jasne to, czego pragnę. Poczułem wyjątkowo silną motywację do tego, by coś zmienić. I to nie kiedyś tam w grudniu po południu, ale tu i teraz. Potrzebowałem tylko odrobiny odwagi, by ruszyć naprzód. Aż tyle i tylko tyle.

Być może czytasz teraz ten tekst w słonecznej Kalifornii, a modelka donosi Ci drinki z palemką i uprzyjemnia czas prężąc swoje jędrne ciało na leżaku obok. Zastanawiasz się, czy teraz powinieneś szukać problemów i nieszczęść w swoim życiu? Absolutnie nie! Urodziliśmy się po to, żeby być szczęśliwymi. To jednak nie wyklucza tego, że los prędzej czy później sprowadzi na nas jakieś trudności. Wtedy właśnie powinniśmy być przygotowani i nie obwiniać całego świata za swoje problemy, tylko wziąć je na klatę. Potraktujmy problemy i przykre sytuacje jak trening, który ma rozwinąć nasze mentalne muskuły. Nieszczęścia się zdarzają, ale to nie powód do tego żeby być nieszczęśliwym.

poniedziałek, 28 września 2015

To już jest koniec


Uderzenie meteorytu, globalny konflikt, głód lub zaraza. Scenariuszy jest wiele i wszystkie równie ponure. Każdy z nas zapewne nie jeden raz wyobrażał sobie, jak wyglądać będzie koniec naszego świata. Jakoś na pewno. W końcu wszystko, co ma swój początek, musi mieć i koniec. W natłoku codziennych spraw i przeżyciu od pierwszego do pierwszego, tego typu problem schodzi raczej na dalszy plan. Wszyscy pragnęliby szybkiego i bezbolesnego końca, jednak może się okazać, że świat będzie "umierał" w długich męczarniach. Ten krótki wstęp być może już Was zniechęcił, jeśli jednak nie, to zapraszam do dalszej lektury. 


Choć nie jestem jasnowidzem, to mogę spokojnie przewidzieć, że czas poprzedzający zagładę globu, będzie czasem górnolotnych czynów i nagłego skoku motywacji u osobników homo sapiens sapiens. Ludzie zaczną robić to, czego pragnęli całe życie. Zaczną realizować swoje plany i marzenia, które do tej pory odkładali w nieskończoność. Problem w tym, że koniec może nastąpić z minuty na minutę i żadne z nas nie otrzyma czasu na poprawę swojego życia. Natura człowieka jest dość leniwa i jesteśmy w stanie podjąć zdecydowane działania dopiero w momencie, kiedy mamy świadomość zbliżającego się końca. Tę prawdę dobrze znają studenci, którzy w przeddzień sesji są w stanie opanować materiał z całego semestru.  

W swoim życiu przeżyłem, już dwa duże końce świata. Jakby nie patrzeć to spore osiągnięcie i zastanawiam się czy nie wpisać ich do CV. Warto mieć doświadczenie, zanim nadejdzie właściwy armagedon. O tym, że przeżyłem pierwszą apokalipsę dowiedziałem się już po fakcie. Kto w wieku 9 lat przejmowałby się się takimi sprawami? To czas kiedy cały Twój świat obejmuje głównie trasę od domu do szkoły. Bardziej przerażający byłby fakt, że w środę w kiosku nie dostanę swojego ulubionego komiksu, niż niespodziewana zagłada ludzkości. Okazało się, że w roku 2000 wszystkie komputery na świecie miały nagle przestać działać z powodu pluskwy milenijnej. Problemem miał być sposób zapisu daty w epoce pierwszych komputerów. Zapisywano ją jedynie przy użyciu tylko dwóch ostatnich cyfr, przez co rok 1901, nie różnił się niczym od 2001. Okazało się jednak, że to bezpodstawna panika. Komputery nie oszalały od zmiany formatu datowania i nie zbuntowały się przeciw ludzkości. Życie tym razem oszczędziło nam scenariusza rodem z "Terminatora".

Kolejny koniec świata w moim życiu nastąpić miał z podobnego powodu. Dawno temu grupka astrologów z plemienia Majów stworzyła kalendarz, który ułatwiłby im pomiar czasu. Stwierdzili, że nie będą się wysilać i zakończą go na roku 2012. Oczywiście we współczesnym świecie wywołało to burzliwą dyskusję oraz wybuchy paniki wśród wyznawców teorii końca świata w 2012 r. Jak widać żyjemy dalej, a świat trwa w najlepsze. Pozostaje czekać, aż naukowcy odkopią kolejną starożytną teorie na temat końca wszystkiego.

Jak więc będzie wyglądał koniec świata jaki znamy? Czy możliwa jest apokalipsa zombie? Od paru lat gry, filmy i seriale pompują naszą świadomość takimi pomysłami. Nagle wybucha epidemia śmiertelnego wirusa, który zamienia ludzi w krwiożercze bestie. Znalezienie się po żadnej ze stron nie wydaje się być szczególnie atrakcyjne. Ubijanie żywych trupów może być fajne jedynie wtedy, kiedy patrzymy na to przez ekran komputera lub w telewizji. W każdym innym wypadku to scenariusz równie przerażający co nierealny. Jeśli wybuchnie jakakolwiek epidemia, to prędzej uśmierci ludzi, a nie sprawi że zaczną mordować innych. Tak czy owak, takie kwestie możemy zostawić twórcom filmów. Jednak mimo całego zdrowego rozsądku zasada "na wszelki wypadek" radzi zaopatrzyć się w broń i zapas amunicji.

Co w kwestii końca świata głoszą religie? Mimo, że w wielu kwestiach wyznania nie potrafią dojść do porozumienia, w tym wypadku są wyjątkowo zgodne. W większości mowa jest o wojnach i konfliktach na skalę światową. Szerzących się chorobach i zarazach. Nie zabraknie także klęsk żywiołowych. Wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, powodzie - to tylko niektóre z eventów planowanych na zakończenie projektu "Ziemia". Mowa jest również o tym, że ludzie staną się wobec siebie wrodzy i agresywni. Jakby nie patrzeć takie rzeczy działy się już wiele razy na przestrzeni dziejów, a nasz świat wciąż trwa. Religie przekazują wiele ogólnych i niejednoznacznych opisów końca świata. Ci, którzy liczą na konkrety, niestety się zawiodą.


Nawet teraz, pisząc ten tekst słyszę doniesienia o tym, że potencjalna apokalipsa szykuje się na najbliższe dni (a ja już mam plany na weekend...). Kolejny meteoryt, kolejni imigranci bla, bla bla... Czy koniec nadejdzie dziś, jutro czy za 100 lat, nie należy się tym specjalnie przejmować. Należy chwytać życie pełnymi garściami i jak mawiał poeta, żyć każdym dniem, jakby był tym ostatnim. Być może brzmi to banalnie, jednak jest to recepta na to, by u progu końca móc rzec: niczego nie żałuję. Szkoda czasu na zastanawianie się czy 15-minutowa awaria facebooka była opisana w Apokalipsie św. Jana i zwiastuje nadejście końca naszej epoki. Nasze życie może skończyć się w każdej chwil, a tym samym i nasz mały prywatny świat. I chociaż dywagacje w stylu: "czy istnieje życie po śmierci?", to temat na odrębny wpis. To kto powiedział, że koniec świata musi oznaczać nasz koniec?


czwartek, 10 września 2015

Czego nauczyła mnie szkoła

























Najgorsze wspomnienia z dzieciństwa? Nudne wizyty rodzinne, szpinak na obiad w co drugi piątek i największa spośród traum, czyli 1 września. Dla wszystkich dorosłych to dzień jak co dzień, dla dzieciaków to koniec błogiego nicnierobienia i powrót do szarej rzeczywistości. Choć to przykre wspomnienie i emocje z nim związane mam już dawno za sobą, to wciąż nasuwa mi się refleksja i rodzi się pytanie. Czy szkoła może kogoś czegokolwiek nauczyć?


W świecie, w którym nie istnieją przypadki można rzec, że nie jest zwykłym zbiegiem okoliczności fakt, że rok szkolny zaczyna się tego samego dnia, w  którym wybuchła II wojna światowa. Szczególnie boleśnie uświadamiają sobie ten fakt Ci, których nauczyciele i Hitler mieli wyjątkowo wiele cech wspólnych. To może tłumaczyć, dlaczego dla większości szkoła stanowiła, lub stanowi utrapienie. Nie ma się co dziwić. Wszystko co związane z przymusem nie jest lubiane przez człowieka, a w szczególności przez dzieci, które same nie wiedzą na co te wszystkie męki. Dla nich szkoła to wynalazek równie bezsensowny co piwo bezalkoholowe dla dorosłego. 

Ceniony przeze mnie za swoje celne aforyzmy Mark Twain rzekł: "Nigdy nie pozwól Twojej szkole stanąć na drodze Twojej edukacji". Jakby tak pomyśleć, to wcale niegłupie. Piszę to jako osoba, która przeszła przez wszystkie etapy edukacji fundowanej przez nasze państwo. Szkoła zmieniała się na moich oczach, tak jakby sami dorośli nie mieli koncepcji na to co tak naprawdę chcą wpoić młodemu pokoleniu. Szkoła to z jednej strony ksiądz czerwieniący się na hasło "seks". Z drugiej nauczyciel wychowania do życia w rodzinie, wpajający przyszłości narodu nowatorskie techniki samogwałtu (całe szczęście, że kiedy ja chodziłem do szkoły WDŻ ograniczało się do... tego, że w ogóle go nie było). Program nauczania nieakceptowany przez rodziców i niechętnie przyswajany przez dzieci, powoduje kumulację frustracji u wszystkich zainteresowanych. A kiedy wreszcie padnie to niewygodne pytanie "po co to wszystko?" - wszyscy opuszczają głowy i następuje niezręczna cisza.

No właśnie, po co to wszystko? Albo raczej, kiedy w życiu mi się to przyda? To pytanie towarzyszyło mi niemal na każdym etapie edukacji. Wciąż z utęsknieniem wyczekuję na ten dzień mojego życia, kiedy okaże się, że wzór na deltę czy przebieg polskich konfliktów zbrojnych w XVII w. przyda mi się w codziennej walce o przetrwanie. Prawda jest taka, że jeśli nie jestem zapalonym krzyżówkowiczem, to cała ta wiedza, staje się jedynie środkiem potrzebnym do zaliczenia kolejnych egzaminów. Wiedza przekazana w szkole przydatna jest tylko, kiedy jesteśmy w szkole. Po opuszczeniu jej murów okazuje się, że świat wymaga od nas nieco innych umiejętności. Uczy się dużo i nie wiadomo do końca, w jakim celu, gdyż nie każdy ma ambicje zostać inżynierem czy lekarzem. Mimo to uczniowie katowani są kolejnymi testami i odpytkami, tylko po to żeby utwierdzić ich w przekonaniu, że szkoła to nie miejsce, w którym kogoś interesuje ich rozwój. To placówka stworzona po to żeby wypełniać program od A do Z.

Każdy z nas, kiedy pytał rodziców po co chodzimy do szkoły, otrzymywał odpowiedź, że szkoła da nam wykształcenie, które w konsekwencji da nam pracę i godziwy zarobek. Rzesze bezrobotnych magistrów zdają się przeczyć tej odpowiedzi. Rodzice nas okłamali? Odpowiedź nie jest taka jednoznaczna. Pomijam już fakt, że dziś uczelnie wyższe to w większości przedszkola dla dużych dzieci, które mogą w końcu poudawać dorosłych. Jednak za czasów naszych rodziców maturę zdawała tylko część ludzi, a studia były przepustką do zawrotnej kariery w kraju, który zaczął się otwierać na biznesowe kontakty z zachodem. Wykształcenie wyższe było na wagę złota, a pracodawcy potrzebowali osób z tytułem magistra bardziej niż dziś potrzebne są drobne na wózek w LIDL-u. Wszyscy zgodnie uznali, że ta tendencja będzie utrzymywała się jeszcze przez następne dziesięciolecia. Najwyraźniej nie byli ekonomistami. Ci bowiem wiedzą, że każdy trend prędzej czy później musi się odwrócić. Rynek nasyci się i wyhaftuje nadmiar, pozostawiając w ustach niesmak i gorycz. Tego właśnie doświadczać muszą dzisiejsze duże dzieci, które opuszczają swoją Alma Mater z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi złudzeniami. Większość opuszcza ją także z wysokimi wynikami spożycia alkoholu, dzięki czemu zdobędę dożywotnią sympatię pracowników POLMOS-u, ale nie przyszłych pracodawców. A wszystko zaczęło się od pakowanego do głowy powiedzonka: "ucz się, bo nauka to potęgi klucz!".

Czego więc uczy szkoła? Na pewno tego, żeby nie biegać po korytarzu z lizakiem w ustach. A co więcej, uczy radzenia sobie w życiu. Tak, dobrze przeczytaliście! W żadnym innym miejscu dziecko nie nauczy się nawiązywać więzi społecznych, budować relacji, czy po prostu nie znajdzie kumpli na całe życie. Pobyt w szkole to nauka tego jak lawirować między niekorzystnymi regułami (co w naszym państwie często się przydaje). Jak negocjować z nauczycielami, gdy po raz kolejny jesteśmy nieprzygotowani do lekcji, czy to jak ściągać na przedmiotach, z których nigdy nie byliśmy orłami. Słowem - szkoła życia.

Wiele w tym tekście padło powiedzonek czy frazesów, dodam więc kolejny: "człowiek uczy się przez całe życie". Myślę, że prawdziwości tego nie muszę udowadniać nikomu kto skończył już szkołę. Edukacja szkolna trwa kilkanaście lat naszego życia i mimo, że często na nią narzekaliśmy, to koniec końców zostają po niej miłe wspomnienia. Najważniejszy egzamin jaki piszemy to ten z naszego życia. Postarajmy się więc podejść do niego poważnie i zdać go na ocenę celującą, zamiast stosować popularną studencką metodę: zakuć, zdać, zapomnieć.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Nieszczęścia chodzą czwórkami


Jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób zmarnować 18 zł, to wiele pomysłów przychodzi do głowy. Można kupić około sześciu egzemplarzy gazety wybiórczej, postawić na zwycięstwo w mistrzostwach Europy reprezentacji Polski lub po prostu wyrzucić je w przysłowiowe błoto. Ja jednak postanowiłem być bardziej kreatywny i wydałem je na bilet do kina na film "Fantastyczna Czwórka". Mimo że wcześniej zapoznałem się z krytycznymi recenzjami to nie mogłem się oprzeć, żeby zobaczyć ten film na własne oczy. W końcu człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach.



Można by było się spodziewać, że niebanalny tytuł jakim jest opowieść o przygodach czwórki superbohaterów, doczekał się w końcu godnej adaptacji filmowej. Nic bardziej błędnego! Nawet scenarzysta Simon Kinberg, który odpowiada za taką perełkę, jak "Przeszłość, która nadejdzie", nie sprostał wyzwaniu i zawiódł pokładane w nim nadzieje. Ten kto myślał, że Fantastyczna Czwórka w wydaniu Tima Story'ego, to słaby film, ten na pewno zrewiduje swoje podejście po seansie "nowej" adaptacji.  




Historia zaczyna się dosłownie od samego początku, kiedy to poznajemy Reeda Richardsa i Bena Grimma jako kumpli ze szkolnej ławy. Ten pierwszy od razu daje się poznać jako niepoprawny marzyciel i zapalony naukowiec, który cierpi z powodu niezrozumienia ze strony najbliższych. Twórcy filmu opowiadają nam naiwną historyjkę o tym, jak to chłopiec z podstawówki tworzy we własnym garażu maszynę do teleportacji z części znalezionych na złomie. Kiedy dorasta jego geniusz, zostaje zauważony i wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi rozpoczyna budowę profesjonalnego telereportera, który przenosi ich w inny wymiar. Tam cała czwórka wraz z Victorem von Doomem otrzymuje swoje nadprzyrodzone moce. Zaraz po tym historia toczy się schematycznie. W życiu bohaterów następuje kryzys w związku z nowo nabytymi zdolnościami, jednoczą się w obliczu powstałego zagrożenia, pokonują je i z uśmiechem na ustach stają się drużyną, czyli tytułową fantastyczną czwórką.




















Pod względem wizualnym całość jest bardzo przyjemna dla oka. Wygląd całej czwórki, jak i przedstawienie innego wymiaru, do którego się przenoszą (planeta Zero) zostały dopięte na ostatni guzik. Nie zmienia to jednak faktu, że pod względem fabularnym całość leży i kwiczy. Przedstawianie postaci i ich wzajemnych relacji, które stanowią ważny element opowieści o fantastycznej czwórce, zostały ograniczone do kilku zdań rzuconych w trakcie filmu. Nie widać tu wyraźnie wątku miłosnego między Reedem a Sue, czy wzajemnych docinek jakie serwowali sobie Ben i Johnny. Zaniedbano także kluczowy dla fabuły wątek rosnącej wrogości pomiędzy całą czwórką, a Victorem von Doomem. Jeden z najbardziej złożonych i najciekawszych czarnych charakterów w całym uniwersum Marvela został zepchnięty do roli zbuntowanego nastolatka, który strzela focha na cały świat i chce go przemielić przez wrota do innego wymiaru. Również finałowa walka jak i doprowadzenie do niej pozbawione zostały zupełnie dramatyzmu i napięcia. Potyczka zaczyna się równie szybko, co kończy, a i próżno w niej szukać elementów zaskoczenia. Wszystko odbywa się szablonowo, podobnie jak cały film, który niczym nie zaskakuje. Cała produkcja została także wyprana ze wszelkich wątków humorystycznych, a nawet jeśli się pojawiają, to są płaskie jak człowiek-guma przeciskający się przez wentylację. Jedna z niewielu scen, z której scenarzyści próbowali wykrzesać trochę humoru, to moment, w którym bohaterowie piją alkohol. Scena ta jednak zamiast wywoływać salwy śmiechu powoduje co najwyżej lekki grymas na twarzy. No i koniec końców, ja się pytam: Gdzie do ciężkiej anielki jest Stan Lee?

















Wiele rzeczy jestem w stanie znieść, włącznie z Benem Grimmem w kamiennej postaci, który przez pół filmu paraduje bez spodni. Zastanawia mnie, jednak czym kierowali się twórcy filmu przy obsadzeniu roli Johna Storma czarnoskórym aktorem, mimo że według pierwowzoru postać była białym mężczyzną. Można w tej sytuacji postawić pytanie, jak bardzo poprawność polityczna miała wpływ na tę decyzję i jak mocno wdarła się ona do kinowego uniwersum Marvela. Nie jestem rasistą, ale o wiele lepiej w tej roli pasował mi Chris Evans, który porzucił płomienny mundurek na rzecz służby ojczyźnie jako Kapitan Ameryka. Potrafił on oddać typowy dla tej postaci luz i indywidualizm. W przypadku Michaela Jordana (to imię aktora, nie chodzi o sportowca, choć zbieżność imienia i nazwiska zastanawia), nie zdołałem tego dostrzec. Być może jeszcze raz okazuje się, że najlepszą super mocą są pieniądze (high five Batman!) i poprawność polityczna. Nie jest to pierwszy przypadek, w którym obsadzono aktora, który nie byłby wierny pierwowzorowi swojej postaci ze względu na kolor skóry. Głośny był przypadek, kiedy w filmie o przygodach boga piorunów Thora, postać Heimdall'a zagrał czarnoskóry Idris Elba.






















Przestrzegam więc Was niczym gorliwy klecha z ambony: nie idźcie tą drogą! Oglądając "Fantastyczną Czwórkę" ma się wrażenie, że film został sklecony na kolanie. Fabuła i postacie kompletnie leżą, nawet stojące na wysokim poziomie efekty i muzyka nie są w stanie uratować całej produkcji. Akcja wlecze się jak żywy trup do grobu, żeby pod koniec wykrzesać z siebie resztki życia i umrzeć na wieki. Twórcy wykazali się zwyczajnym lenistwem i uznali, że chwytliwy tytuł i fajerwerki na ekranie przyciągną do kin rzesze widzów. Jeśli film Marvela był tak zły, że poświęciłem mu cały artykuł, żeby to z siebie wyrzucić, to wiedz, drogi czytelniku, że był on zły w pełnym tego słowa znaczeniu. Być może będzie to jedyny przypadek w Twoim życiu, kiedy nauczysz się czegoś na cudzym błędzie, a nie na własnym.

środa, 5 sierpnia 2015

Czego możemy się spodziewać po "Przebudzeniu Mocy"


Wszechobecne dźwięki wystrzałów lasera, głośne "Ahrrrrr" Chewiego i najsłynniejsza kwestia R2D2, czyli "bip bip bip". Odgłosy zwiastujące nam reaktywacje gwiezdnej sagi, która zawładnęła masową wyobraźnią. Seria "Star Wars" na stałe wpisała się w popkulturę. Odwieczna walka jasnej i ciemnej strony mocy rozpala serca fanów na całym świecie i zwiększa ilość zer na koncie Lucas Film. Czy ma jeszcze sens kontynuowanie opowieści o rycerzach Jedi w galaktyce dawno, dawno temu?



Muszę przyznać, że po wyjściu z sali kinowej po seansie "Zemsty Sithów" ogarnęła mnie swojego rodzaju nostalgia. Media szumnie zapowiadały zwieńczenie gwiezdnej sagi, a miniprodukcje w stylu serialu o wojnach klonów zdawały się potwierdzać fakt, że pełnometrażowe filmy z aktorami spod znaku miecza świetlnego zakończyły swój żywot. Mimo to wciąż skrycie wierzyłem, że Lucas nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa. Kiedy pojawiły się pierwsze pogłoski co do kontynuacji serii, wiedziałem, że moje modlitwy zostały wysłuchane. Premiera oficjalnego zwiastuna "Przebudzenia Mocy" w kwietniu tego roku sprawiła, że niecierpliwie zacząłem odliczać dni do polskiej premiery filmu. 




Można powiedzieć, że gwiezdna saga Lucasa to rozrywka, która łączy pokolenia. Pierwsze trzy części miały swoją premierę, kiedy mój ojciec był nastolatkiem. Kolejna trylogia przypadła na czasy mojego dzieciństwa. Wypadałoby, abym na kontynuację serii zabrał swojego syna (oczywiście gdybym go miał). Pozostaje mi przypomnieć sobie chłopięce lata i ruszyć do kina na najnowszą część gwiezdnych wojen, która ma nosić tytuł "Przebudzenie Mocy". Co kryje się za tym tytułem i czego możemy się spodziewać po najnowszej produkcji studia Disneya?

Ostatnia część serii "Powrót Jedi" kończy się spektakularnym zniszczeniem galaktycznego imperium oraz śmiercią ikony całej sagi o gwiezdnych wojnach, czyli Lorda Vadera. Rzewny koniec żywota złego Lorda Sithów wieńczy opowieść o życiu Anakina Skywalkera. Przebudzenie Mocy wprowadza nas w epokę postimperialną. Akcja filmu dzieje się około 30 lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Już w pierwszych sekundach zwiastuna widzimy zanurzony w piaskach pustyni gwiezdny krążownik. Ta scena symbolizuje upadek imperium i jest wyraźną konsekwencją zajść, jakie miały miejsce w "Poworcie Jedi". Piaszczysta planeta to Jakku, pustynia, która na pierwszy rzut oka przypomina znaną fanom serii Tatooine. Zaraz po wspomnianej scenie słyszymy znajomy głos Luka Skywalkera, który krótko opowiada o tym, jak sprawy z mocą mają się w jego rodzinie. Ciekawostka, na którą zwróciłem uwagę to fakt, że w narracji Skywalkera padają słowa: "Ma ją (moc) mój ojciec". Czy w sytuacji, kiedy Lord Hełmofon nie żyje, Luke nie powinien powiedzieć: "miał"? Czy potęga mocy sprawi, że upadły Jedi powstanie z grobu? Być może to nadinterpretacja, jednak mówienie o Vaderze w czasie teraźniejszym budzi podejrzenia. Kiedy pada owa kwestia, widzimy zniszczony hełm Lorda Sithów, który nawiasem mówiąc wygląda epicko i powinien być wystawiony na sprzedaż na ebayu. Oczywiście w tle nie mogło zabraknąć jego znaku firmowego, czyli ciężkiego sapania, jakie wydawał oddychając przez aparaturę. Jak kolejne części Gwiezdnych Wojen mają się obyć bez Lorda Vadera? Odpowiedź jest prosta: muszą! W innym wypadku nigdy nie dorównają poprzednim epizodom. 













Po krótkim wstępie i wprowadzeniu klimatu przez Luka przed oczami przewija nam się festiwal wystrzałów, pościgów, wybuchów i całej masy innych atrakcji, które doświadczymy podczas seansu. Wśród nowych postaci możemy zaobserwować czarnoskórego bohatera i urodziwą kobietę u jego boku, którzy odegrają znaczącą rolę w nowym epizodzie. W ich towarzystwie widzimy droida BB-8, który przez część fanów już został uznany za nieudaną wersję R2-D2. Według redaktorów portalu Making Star Wars, wspomniana postać kobieca ma na imię Rey i ma być córką Hana Solo i Lei. Czarnoskóry mężczyzna natomiast nazywa się Finn i ma być dezerterem służącym wcześniej jako szturmowiec, których zastępy także możemy dostrzec w zwiastunie. Stanowią oni znajomy widzom element uniwersum SW. Na uwagę zasługuje nowy design ich hełmów. Radosne oblicze zbroi bojowych sugeruje, że zmiana kierownictwa nie zepsuła im humorów. Do akcji wkracza nowy model srebrnego szturmowca, który zapewne stanowić będzie jednostkę elitarną w szeregach armii gwiezdnych żołnierzy. Podczas oglądania zwiastuna nie można nie zwrócić uwagi na wojownika ciemnej strony mocy, który posługuje się potrójnym mieczem świetlnym. Jak wiemy z doniesień prasowych nazywa się on Kylo Ren i jest jednym z Sithów pragnących wskrzesić potęgę ciemnej strony mocy. Swoją drogą ciekawić może kierunek, w jakim idą wariacje na temat miecza świetlnego i przerostu jego efektowności nad ergonomią. Aby jeszcze mocniej rozbudzić apetyt fanów na nową część SW, w trailerze nie mogło zabraknąć Sokoła Millenium i jego załogi Hana Solo i Wookiego. Nietypowy duet ponownie uraczy nas swoją obecnością na dużym ekranie. I choć czas nie oszczędził kapitana Solo (Chewbacca musi stosować markowe szampony przeciw siwiźnie), to wierzę, że to wciąż ten sam zawadiacki typ, którego poznaliśmy w kantynie Mos Eisley. 




Podsumowując: grudzień tego roku będzie bardzo gorący, jeśli chodzi o sale kinowe. Tak jak przez ostatnie 3 lata miesiąc ten stał pod znakiem pierścienia, tak teraz stanie pod znakiem miecza świetlnego. Od premiery "Zemsty Sithów" minęło dokładnie 10 lat. Tyle samo czasu fani czekali, aby znów usłyszeć z dużego ekranu: niech moc będzie z tobą. Pozostaje odliczać dni do premiery "Przebudzenia Mocy" i żyć nadzieją, że ta część nie będzie gwoździem do trumny całej serii, lecz godną kontynuacją starej dobrej sagi.    

wtorek, 14 lipca 2015

To nie jest kraj dla wolnych ludzi


Ostatnio starannie zagłębiam się w lekturę książki pewnego znanego polskiego podróżnika. Urzeczony jego stylem i dowcipem pochłaniałem kolejne strony, dopóki nie natknąłem się na słowa, które zmusiły mnie do głębszej refleksji. Brzmiały one następująco: Tu jest Ameryka, nikt nie zadba o ciebie lepiej niż ty sam.” Cytat ten świetnie wpisuje się w klimat ostatniego święta, jakie obchodzono w Stanach Zjednoczonych, czyli 4 lipca. Święta podpisania Deklaracji Niepodległości i narodzin nowego państwa.  


Rodzimi socjologowie oraz inni eksperci postanowili pochylić się nad tematem i zastanowić, czemu Amerykanie tak chętnie i radośnie świętują swoją wolność, a w Polsce czy innych krajach europejskich nie widzimy podobnego wybuchu entuzjazmu z powodu naszych świąt narodowych. Być może odpowiedź jest najprostsza z możliwych: u nas wolności brak! Kiedy obywatel USA chce coś zrobić, po prostu to robi. Na jego drodze nie stają urzędnicy, politycy ani inni funkcjonariusze państwowi. To państwo jest dla obywatela, a nie na odwrót. I chociaż formalnie Polska istnieje od 996 r., a Stany Zjednoczone Ameryki od 1776 r., to my powinniśmy nadrabiać zaległości w podejściu do człowieka, jakie reprezentuje państwo zza oceanu. 


Mój dom, moje królestwo 

Czy aby na pewno? Nabywając działkę w kraju takim, jak Polska, stajesz się właścicielem jedynie wierzchniej warstwy trawnika. W sytuacji, gdy z naszej działki niespodziewanie wytryśnie fontanna ropy, będziemy musieli pogodzić się z faktem, że to państwo jest właścicielem czarnego złota. Niesprawiedliwość? Zapewne tak, ale cytując klasyka można rzec: taki mamy klimat. Inna sytuacja, kiedy nasze włości nawiedzi kret lub inny szkodnik niszczący uprawy. Czy możliwa jest szybka egzekucja najeźdźcy? Ależ skąd! Ów szkodnik jest własnością państwa, a na dodatek jest pod ochroną. Podniesienie ręki na kreta oznacza więc podniesienie ręki na państwo polskie i jego wymiar sprawiedliwości.

Do obrony przed wszelkiej maści szkodnikami najlepiej nadaje się broń. Dostęp do niej w kraju nad Wisłą jest jednak znacznie utrudniony, a i korzystanie jest ściśle regulowane. W oczach władz powszechny dostęp do broni zakończyć się może regularną strzelaniną na ulicach polskich miast. Koronnym przykładem na prawdziwość (a raczej pseudo prawdziwość) tego są relacje zza oceanu, kiedy to jakiś szaleniec dostaje się do szkoły i grozi wszystkim bronią. Nie oszukujmy się. Jeśli ktoś chce zdobyć broń do napaści czy sterroryzowania innych, to i tak ją zdobędzie. Ukradnie, kupi na czarnym rynku czy wydrukuje w drukarce 3D. Żyjemy w ponad 38 milionowym kraju i wariatów, jak przekonujemy się każdego dnia, u nas dostatek. Jednak takich zdolnych do masowych mordów jest zaledwie garstka. Ludzi gotowych zabić innych ludzi jest niewielu, gdyż wymaga to dużej determinacji i wytrzymałości psychicznej. Nieograniczony niczym (poza przypadkami stwierdzenia chorób psychicznych czy zaburzeń) dostęp do broni działałby też na zasadzie równowagi sił. Skoro ja jestem w stanie użyć mojego gnata, to wredny typ, który będzie chciał mi zrobić krzywdę, pomyśli dwa razy, gdyż mogę okazać się lepszym strzelcem niż on. Sam fakt posiadania broni nie determinuje jej użycia, podobnie jak fakt posiadania broni atomowej. Poza tym społeczeństwo, które posiada broń palną i potrafi się nią posługiwać, to duży plus na wypadek wojny czy apokalipsy zombie.


Piwko pod chmurką

Sprawa ma się różnie w kwestii spożywania alkoholu w miejscach publicznych, a konkretnie piwa. Różne państwa różnie się do tego odnoszą. Część krajów europejskich przyzwala na takie zachowania, inne (m. in. Polska) zdecydowanie obstają przy zakazie publicznego spożycia. Nawet Stany Zjednoczone, które wykazują liberalne podejście w wielu obszarach życia społecznego, w tym aspekcie nie złagodziły standardów. Co ciekawe, Polska nie przoduje w rankingach spożycia na tle całej UE, jesteśmy w tyle za takimi krajami jak Czechy czy Litwa. Nasza kultura picia, również niewiele się różni od tego jak to inne nacje zachowują się po konkretniejszym spożyciu. W czym więc problem? Najprawdopodobniej w tym, że zawsze można dopaść amatora złocistego płynu, który beztrosko będzie spacerował sobie z otwartą butelką. Mimo tego, że będzie zachowywał się spokojnie i kulturalnie (co najwyżej lekko bełkotał), zostanie przykładnie ukarany mandatem. Pieniądz nie śmierdzi, a szczególnie taki odebrany w imieniu prawa i porządku społecznego.

Zabrania się zakazywać

Przez długi czas łudziłem się, że wiele zakazów tworzonych jest z myślą o bezpieczeństwie obywateli. Otóż im dłużej żyję na tym łez padole, tym częściej przekonuję się, że lwia część restrykcji ma na celu nie tyle chronić, co być źródłem dochodu. Absurdalne przepisy, cynicznie wykorzystywane przez egzekwujących prawo, doprowadzają jedynie do zbiorowej frustracji i wzajemnej walki między tworzącymi przepisy a potencjalnymi przestępcami. Państwo traktuje obywateli jak dzieci, które muszą być uważnie prowadzone za rękę na codziennej drodze życia. Jeśli owemu dziecku w którymkolwiek momencie powinie się noga, to troskliwa władza ma za zadanie wymierzyć czułego klapsa. Oczywiście wszystko dla dobra wspomnianego szkraba.



Wolność rozważana może być w wielu aspektach. Jednym z nich może być ten, który zależy od nas samych. Nie od państwa, nie od urzędników, nie od rodziny, ale od tego, który spogląda na Ciebie kiedy stajesz przed lustrem. Wolność i niezależność od opinii innych, od cudzych osądów. Moim zdaniem to najwyższy stopień niezależności, jaki każdy człowiek może osiągnąć i do którego powinien dążyć. Wolność to jednak nie hasło opierające się na głośnym róbta co chceta. W swojej wolności możemy wszystko, ale nie wszytko przyniesie nam korzyść. Warto więc mądrze korzystać z danej nam swobody, tak aby przy tym szanować siebie i innych. W końcu wolność mojej pięści kończy się tam gdzie zaczyna się wolność cudzego nosa.