niedziela, 10 grudnia 2017

Wszyscy chcą zbawiać świat

Jest coś znamiennego w tym, że ludzie wokół nas (i często my sami) mamy receptę na to żeby świat zamienił się w krainę szczęśliwości, podczas kiedy nasze własne życie często wymyka nam się z rąk. Jesteśmy gotowi radzić politykom, przywódcom światowym i duchowym, prawić kazania i moralizatorskie gadki. Skoro tylu ludzi ma receptę na poprawę naszego wspólnego bytu, to pytanie: dlaczego nadal jest tak źle?


Ciągle aktualna wydaje mi się ilustracja pokazująca to, że wielu chce zmieniać świat, ale kiedy przychodzi do zmiany naszego małego uniwersum, nagle tracimy cały zapał. Uważamy się za nieistotne kropeczki na radarze życia. Kiedy jednak zsumujemy te pojedyncze punkty, tworzą one wspólną całość. Myślę, że to dobrze oddaje fakt, że zmiana rzeczywistości jest niemożliwa bez naszego własnego zaangażowania. 

Wydawałoby się, że to tak niewiele. W naszym życiu górę bierze zniechęcenie i przyzwyczajenie, szczególnie do aktywności, czy zachowań, które kompletnie nam nie służą. To może zaskakiwać, jednak nasze otumanienie codziennością sprawia, że nawet za ciasne gacie będziemy nosić do śmierci, bo są NASZE. Nie tyle ważne jest zauważenie negatywnych czynników we własnym życiu, co samoświadomość która daje nam możliwość realnej zmiany, najpierw siebie, a potem wpływania na otoczenie. Przekonałem się o tym patrząc na ludzi, którzy całe godziny są w stanie spędzić przed telewizorem skacząc jedynie po kanałach. Gdyby ta osoba zdobyła się na drobny wysiłek i zorientowała, że to co robi jest bezproduktywne, szkodliwe i wpycha ją coraz bardziej w tryb zombie; natychmiast zrezygnowałaby z obłąkańczej podróży po satelitarnej próżni. 

Sama świadomość i wiedza nie wystarczą. Potrzebne tu jest nasze działanie i zaangażowanie. Świat pełen jest "wujków dobra rada", którzy na każdym kroku gotowi są rzucać puste frazesy, czy recepty które zasłyszeli 100 razy od innych podobnych sobie. Najbardziej wyświechtanym i używanym przez wszystkich jest "zjedz wszystko, bo dzieci w Afryce głodują". Nie przeczę, że Afryka to ubogi kontynent na którym dominuje głód, choroby i bieda. Czym jednak przysłużę się wciskając w siebie na siłę resztę jedzenia, bo na sam dźwięk słowa "Afryka" mam dostać ataku łaknienia. Ani ja, ani osoba która rzuca to hasło, nie spakują niedojedzonych resztek i nie wyślą najbliższym statkiem na czarny ląd. Co więcej, podejrzewam, że taka osoba może nawet tak skupiać się na biedzie afrykańskich dzieci, że nie potrafi dostrzec problemów we własnym otoczeniu. Łatwo jest żałośnie chlipać nad anonimową czarną sierotką, a z drugiej strony życzyć sąsiadowi żeby zbombardowali mu dom gazem musztardowym. Moja myśl jest taka, że ciężej kochać i troszczyć się o dobrze znaną nam osobę (znamy wiele jej wad, które nas drażnią i stawiają ją w złym świetle) niż o murzynka, którego zmęczone oblicze znamy jedynie z bilbordów PAH.

Problem współczesnego człowieka jest taki, że często zadowala się samą wiedzą. Wiemy, jak moglibyśmy żyć bardziej ekologicznie, czy oszczędnie, ale wprowadzenie tego w czyn to już inna bajka. Wciśnięci w swoje własne schematy tkwimy w błędnym kołowrotku codzienności. Coraz trudniej rozejrzeć nam się na boki, żeby nie nadwyrężyć karku i swoich własnych wyobrażeń o świecie. Wielu powie "takie życie". Pytanie, czy jesteśmy jak zdechłe ryby które z prądem płyną do ścieku? Wiele rzeczy jest poza naszym zasięgiem, jeśli jednak zastanowimy się dłużej możemy stwierdzić że jest multum spraw, na które możemy realnie oddziaływać. Brzmi dość prosto, jednak pomyślmy kto z nas ma dziś czas na choćby 10 min w ciszy, sam na sam ze swoimi myślami? Myślę, że najbardziej sprzyjają temu samotne wyjścia do palarni i wizyty w toalecie. Kto wie w którym z tych dwóch miejsc narodziło się więcej współczesnych wybawicieli ludzkości.  

sobota, 29 lipca 2017

Demokracja bogiem, wolność nałogiem

Wśród europejskiego społeczeństwa szumnie daje się słyszeć o wartościach demokratycznych; wolności i równości wszystkich jednostek. Idee w swym brzmieniu jakże szlachetne i godne podziwu, mimo to nie cieszą się popularnością w niektórych środowiskach. Wszystkie powyższe zdawałyby się być nieodłącznymi elementami budowania raju na ziemi, może się jednak okazać że ich znaczenie jest bardzo szerokie, a to co powinno charakteryzować określenie "demokratyczny" nie każdemu wydaje się kojarzyć jednoznacznie. Czy w istocie są to hasła, za które warto przelewać krew, czy może stały się wyświechtanymi frazesami w ustach tych, którzy pod płaszczykiem szlachetności starają się ubić dobry interes. 



W starożytnej Grecji pewien dyktator napotkał trudności w rządzeniu swoim ludem. Wszechobecna tyrania stała się uciążliwa dla mieszkańców, którzy zaczęli stawiać otwarty opór i kwestionować prawo despoty do niczym nieskrępowanych rządów. Zaniepokojony panującą sytuacją, wysłał swojego posła do sąsiedniego polis, które również znajdowało się w szponach ciemiężcy. Poseł miał zasięgnąć pomocy u drugiego tyrana, który trzymał swój lud w ryzach i do tej pory nie napotkał na poważniejszy bunt. Władca cieszył się szacunkiem i poważaniem, mimo twardej ręki jaką rządził swoim polis. Kiedy poseł przybył do jego pałacu, ten zamiast zacząć udzielać mu konkretnych wskazówek, wyprowadził go na pole gdzie rosło zboże. Tam odciął wierzchołek każdego źdźbła wyrastającego około cala ponad ogólny poziom. Początkowo zdezorientowany posłaniec nie bardzo rozumiał, jak ma się dana czynność w stosunku do pytania z jakim tu przybył. Po dłuższym zastanowieniu uznał, że morał tego jest oczywisty. Zboże rosnące na polu było niczym poddany władcy lud. Zrównany do jednego, z góry określonego poziomu. Zredukowany do jednej masy, niewyróżniającej się inteligencją, umiejętnościami, urodą czy popularnością. Wszyscy tacy sami, wszyscy równi, wszyscy nijacy... Czy to nie brzmi znajomo?



Zabieg ten nie wymagał od rządzącego specjalnych wysiłków, jeśli tylko zastosowałby odpowiednie ku temu środki. Nakłonił masy niższe, aby te celowo uznały się za równe tym wyższym i w imię wszechobecnej "równości ponad wszystko" wtłaczali sobie nawzajem do głów to hasło. Pretensja do równości bowiem, wysuwana jest przez tych, którzy czują że pod jakimś względem nie dorównują innym. Człowiek wykształcony, z wyższych sfer nigdy nie będzie uparcie przekonywał żebraka, że są sobie równi. Zwycięzca biegu na 100 m, nie będzie z uporem maniaka wciskał zawodnikowi, który odpadł w przedbiegach, że równie dobrze on mógłby stanąć na podium.  

Co więcej, zainicjowanie takiego procesu, nie tylko sprawi, że Ci u których rozwija się kompleks niższości będą z pełnym zapałem pracować, aby ściągnąć innych w dół i zrównać do swojego poziomu. Zabieg ten sprawi, że i Ci, u których rozwijać się będą ambicje i pragnienia by żyć w uczciwości, czy czystości, natychmiast z tego zrezygnują. Ich wewnętrzny policjant w mig doprowadzi ich do porządku, byle tylko zachować się "demokratycznie", albo też "poprawnie politycznie". Ich indywidualność natychmiast zostanie zabita i zduszona w zarodku. Pozostając w duchu metafory przywołanej przez greckiego tyrana, małe źdźbła bez żadnego zewnętrznego przymusu, same zaczną obgryzać swoje kłosy, byle tylko pozostać "normalnymi" i niewyróżniającymi się. W skutek tego despota otrzymuje społeczeństwo gotowe kontrolować samo siebie, byle tylko pozostać "normalne" i "politycznie poprawne". Istnieją niewielkie szanse, że w takiej grupie jakakolwiek jednostka uzna, że istnieje inny, bardziej pożyteczny byt, niż byt niewolnika.

W obecnych realiach niewielu zostało już jawnych, krwawych tyranów, którzy chcieliby przemocą zachować swoją władzę. Czy jednak demokracja, nie stała się bezosobowym tyranem? Bożkiem przed którym klękają masy i w zamian za obietnicę wiecznego panowania, gotowi są oddawać mu własną indywidualność i zdrowy rozsądek? Dzisiejsze demonstracje w kraju i na świecie, zdają się potwierdzać tę tezę. Nikt nie żąda już konkretnych zmian, czy reform. Najważniejsze żeby było, jak było i żeby niepodzielnie rządziła "demokracja", albo twór którym się stała. Ustrój gotowy poświęcać swoich najwybitniejszych obywateli, byle tylko trwać. Promujący wszelkie dziwactwa i każący się z nimi utożsamiać, a przynajmniej radośnie popierać. Czym różni się to od komuny, która kazała przyznawać punkty za pochodzenie niższym klasom? Ludziom z kompleksami niższości, których bezwzględnie wykorzystano i stworzono poddańcze masy. Współczesna demokracja pragnie tworzyć byty, które mimo braku wyraźnych korzyści będą bronić jej do upadłego.

Nigdy nie uważałem wartości takich jak równość, szacunek do innych, wolność osobista jako coś złego. W swoim tekście "To nie jest kraj dla wolnych ludzi" dałem jasno do zrozumienia, że wolność jest prawem przyrodzonym każdej jednostki. Przeciwny jestem jednak rozmywaniu prawdziwego znaczenia pojęć i kultywowania ich jako dobra samego w sobie. Nie różni się to niczym od budowania złotych cielców, którym ślepo oddaje się pokłon. To co dziś demokratyczne wydaje się mieć wartość absolutną i nie podlegać najmniejszej dyskusji. Pytanie jednak czy ktokolwiek z nas w walce o prawa swoje i innych, przystanął na chwilę i zastanowił się o co tak naprawdę walczy. Czy demokracja w jej obecnym kształcie, który wszystkich stawia na równi i tłumi odmienne stanowiska, nie przeczy sama sobie.To wolność i demokracja mają istnieć dla człowieka, a nie człowiek dla tych idei. Takie odwrócenie sprawy doprowadzi do sytuacji w której wolność stanie się niewolą.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Co warto obejrzeć w te święta





















"Kevin sam w domu", "To właśnie miłość", a może "Listy do M"? Lista propozycji filmowych, jakimi walczą o naszą uwagę stacje telewizyjne jest długa. Święta to przede wszystkim czas radośnie spędzony w  gronie rodziny i najbliższych. Telewizor to sprawa drugorzędna i nie powinien być nadużywany w tym czasie. Jeśli jednak ktoś zapragnie podbudować świąteczny nastrój filmem z wesołym "ho ho ho" w tle, to nie ma w tym nic złego. Zapraszam na krótki przegląd propozycji filmowych, które pojawią się w te święta.


1. Koncert kolęd

Niektórzy być może będą zaskoczeni tym, że "Last Christmas" czy "Let it snow" nie należą do kanonu polskich kolęd, bardziej niż faktem że Mikołaj nie przynosi prezentów. Amerykanizacja społeczeństwa coraz bardziej odsuwa nas od naszych rodzimych tradycji, a te przecież tworzą wyjątkowy nastrój Bożego Narodzenia. Zanim pierwszy z domowników zada pytanie: o której leci Kevin? Polecam w czasie wieczerzy wigilijnej wysłuchać koncertu polskich kolęd. Jeśli te, które emitowane w TV komuś nie odpowiadają, zawsze można znaleźć w Internecie swoje ulubione wykonania. 

TVP 2: Świąteczny koncert w Pelplinie - "Dzisiaj w Betlejem", godz. 17:00 (24.12)
Polsat: Wielkie kolędowanie z Polsatem - Kraków 2015, godz. 16:55 (24.12)

2. Kevin sam w domu

Długo zastanawiałem się, czy przygody małego chłopca, który po raz enty zostaje sam w domu podać jako propozycję na świąteczny seans. Jednak tytuł ten kojarzy nam się ze świętami bardziej niż choinka. Gdybym go ominął najprawdopodobniej w komentarzach parę osób życzyłoby mi śmierci w męczarniach. Tak więc w te święta, jak i w poprzednie telewizja Polsat uraczy nas filmem "Kevin sam w domu". Fabuła jest wszystkim doskonale znana, więc nie widzę większego sensu by ją tu przytaczać. Swoją drogą, skoro w tym roku takie produkcje jak "Park Jurajski" i "Gwiezdne Wojny" doczekały się swoich sequeli, to czemu wciąż nie słyszymy o kontynuacji Kevina. Może coś by z tego wyszło, gdyby Macaulay Culkin wytrzymał chociaż godzinę bez dragów. 

Polsat: Kevin sam w domu, godz. 20:00 (24.12)

3. Wesołych świąt

Tytuł filmu może nie jest zbyt oryginalny, czy wyszukany, ale kryje się za nim całkiem przyjemna produkcja. "Wesołych Świąt" to utrzymana w świątecznym klimacie, lekka komedia. Główne role grają tu Danny DeVito i Matthew Broderick, jako dwaj zwaśnieni sąsiedzi. Przyczyną ich konfliktu, jest pomysł Buddyego (DeVito), który chce przystroić swój dom na święta tyloma światełkami, żeby było go widać z kosmosu. Jest to wyraźny prztyczek w nos, w stronę amerykańskiego bzika na punkcie kiczowatych dekoracji świątecznych. Finchowi (Broderick) ten pomysł naturalnie nie przypada do gustu, szczególnie że szczyci się tytułem "króla" Bożego Narodzenia w swoim mieście. Historia kończy się w amerykańskim stylu, (*spoiler*) czyli happy end. 

TVP 2: Wesołych świąt, godz. 15:15  (24.12)

4. To właśnie miłość 

Co jest lepszego od komedii romantycznej? Oczywiście komedia romantyczna w klimacie Świąt Bożego Narodzenia! "To właśnie miłość" to tytuł powracający równie często co osławiony "Kevin". Film to kompilacja historii miłosnych mieszkańców Londynu, a każda z nich różni się od poprzedniej, jak kolory skarpet, które znajdziecie pod choinką. Mamy tu opowieść o premierze WB, który zakochuje się w dziewczynie podającej mu herbatę, czy historię zdradzonego pisarza, pałającego uczuciem do portugalskiej sprzątaczki. Komedie romantyczne to raczej mało lubiany i infantylny gatunek, od którego odżegnują się już nawet najbardziej zdesperowane stare panny. Co więc takiego urzeka w tym tytule? Przede wszystkim obsada, która łączy najpopularniejszych brytyjskich aktorów. Nie brakuje tu typowego dla wyspiarzy humoru, który rozbawi nawet tych, którzy kolejny raz dostali rózgę. No i to co najważniejsze w tym gatunku - emocje. Te zmieniają się jak potrawy na wigilijnym stole. Od najbardziej dramatycznych wywołujących bóle brzucha, po te radosne i ciepłe, nie powodujące niestrawności. Jeśli więc oglądaliście "To własnie miłość" sto razy, to obejrzyjcie po raz sto pierwszy.  

TVP 2: To właśnie miłość, godz 22:00 (23.12) 

5. Święty Mikołaj z 34. ulicy

Jeśli już wybierać wśród setek opowieści o tym kim jest czerwony krasnal i skąd się wziął, to polecam film "Święty Mikołaj z 34. ulicy". Obraz równie słodki co świąteczny mazurek (ups! nie te święta) i wyciskający łzy jak moment, w którym okazuje się, że teściowa po świętach zostaje do Nowego Roku. Kriss Kringle zatrudniony jest w roli św. Mikołaja, w sklepie z odzieżą i galanterią. Swoimi niekonwencjonalnymi pomysłami ratuje przedsiębiorstwo przed bankructwem. Okazuje się, że jest prawdziwym św. Mikołajem, czym przekonuje do siebie widzów, a jego naturalna charyzma robi swoje. Nie ma w końcu skuteczniejszego narzędzie marketingowego, niż poczciwy staruszek w czerwonych rajtuzach. Po drodze zawiązuje się nikczemna intryga konkurencji przeciw starszemu Panu, a w końcu dochodzi do procesu sądowego, w którym Kriss musi udowodnić, że jest prawdziwym Mikołajem. Przez całą historię towarzyszy mu córka właścicielki sklepu, która odzyskuje wiarę w święta i Mikołaja. Jeśli szukacie wzruszającej opowieści z motywem Bożego Narodzenia w tle, ten film jest dla Was!

Polsat: Mikołaj z 34. ulicy, godz. 10:10 (25.12)

6. W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju

Cała seria "W krzywym zwierciadle" ma kilka odsłon, a nagranie świątecznej wersji było strzałem w dziesiątkę. Wszyscy znają ten tytuł i wiedzą jak bardzo potrafi rozbawić. Clark Griswold to gamoniowaty ojczulek, głowa rodziny Griswoldów. Jak każdy zatroskany mąż i ojciec pragnie zorganizować dla swojej rodziny wyjątkowe święta. Może się jednak okazać, że to zadanie przerasta jego możliwości. Całą seria gagów z Chevym Chasem, pokazująca koszmar rodzinnych świąt to absolutny must watch. Film obśmiewający amerykańskie przywiązanie do kiczowatej otoczki Bożego Narodzenia i przesadnej dbałości o detale. Koniec końców, kiedy dochodzi do katastrofy, wszyscy tradycyjnie uświadamiają sobie, że duch świąt to nie mieć, ale być. Morał, który tak często przewija się w świątecznych produkcjach, że chyba już mało kto sobie coś z niego robi. Jeśli nie chcesz by zakalec, który upiekłeś był jednym powodem śmiechu w rodzinie w te święta, koniecznie obejrzyj ten film.

TVN Siedem: W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju, godz. 14:55 (26.12)

7. Narodzenie

Pośród amerykańskich produkcji o św. Mikołaju i lampkach na choince, warto przypomnieć sobie dlaczego Święta Bożego Narodzenia, nazywają się Świętami Bożego Narodzenia. Film opowiada o dwóch latach z życia Maryi i Józefa. Punktem kulminacyjnym są narodziny Jezusa w Betlejem. Jest to moim zdaniem jedna z lepszych produkcji w tym klimacie, którą mogę z czystym sercem polecić. Istnieje jednak pewnie zagrożenia związane z tą produkcją. Seans filmu może być niebezpieczny dla niejednego ateisty, który nagle może zdać sobie sprawę, że brał udział w religijnej uroczystości. W nagłym szoku choinka może ekspresowo wylecieć przez okno, a stojący na podjeździe Mikołaj zakończy swój żywot na śmietniku. 

TVN Siedem: Narodzenie, godz. 15:40 (25.12)

8. Gwiezdny pył

Choć produkcja ta ma tyle wspólnego ze świętami co Tomcio Lis z rzetelnym dziennikarstwem, to jednak postanowiłem ją umieścić na mojej liście. Gwiezdny pył to piękna, baśniowa opowieść o tym, że jak dziewczyna chce gwiazdkę z nieba, to stanowczy i dojrzały mężczyzna... Zakasa rękawy i leci, gubiąc po drodze poczucie własnej wartości. Aby to uczynić przekracza mur, który oddziela mieszkańców miasta od magicznej krainy. Na swojej drodze napotyka wiedźmy, braci rywalizujących o tron po zmarłym ojcu i łowców piorunów. Wszystkich łączy cel zdobycia gwiazdy, która okazuje się być czymś więcej niż kawałkiem kosmicznej skały. "Gwiezdny pył" to prawdziwa uczta dla oczu, okraszona takimi gwiazdami jak Michelle Pfeiffer i Robert De Niro. Jeśli szukacie dobrego filmu bez Mikołaja w roli głównej, to Wasze modlitwy zostały wysłuchane.

TVN: Gwiezdny pył, godz. 16:30 (22.12)

Choć oferta programowa jest bogata i jest w czym wybierać, to należy pamiętać, że święta spędzane przed telewizorem nie należą do tych które dobrze się wspomina. Boże Narodzenie to czas przede wszystkim poświęcony rodzinie i najbliższym, to na nich należy się szczególnie skupić (no i na Jezusie, w końcu to jego urodziny). Mam nadzieję, że mój skrótowy spis pomoże Wam zorganizować ten wolny czas. Korzystając z okazji chciałbym także życzyć zdrowych i wesołych świąt wszystkim moim czytelnikom. Obyście śledzili mojego bloga, także w przyszłym roku, no i żeby było Was coraz więcej!


wtorek, 15 grudnia 2015

Internauta szuka żony

Nowy Rok to nowe szanse. Wielu z nas na pewno poczyniło postanowienia typu: w końcu schudnę, w końcu wezmę się za naukę, w końcu powiem kumplom, że więcej nie piję. To wszystko pobożne życzenia, które prędzej, czy później wylądują w koszu wraz z innymi ambitnymi planami naszego życia. Internet jak zwykle nie zawiódł i stworzył zupełnie nową akcję. Otóż duża część osób postanowiła zakończyć monotonne życie singla i znaleźć męża/żonę w 2016 r. Niby nic nowego, jednak wielu może upatrywać w tym temacie szansę na odmianę swojego losu. Czy takie przedsięwzięcia mają jakikolwiek sens i czy bezpiecznie jest szukać drugiej połówki w odmętach Internetu? Czytajcie dalej!


Na pierwszy rzut oka wydarzenie "Znajdę żonę w 2016 r." nie różni się wiele od innych. Ot kolejny użytkownik facebook'a postanowił czymś zabłysnąć. Gdy przypatrzymy się temu bliżej, okazuje się, że wielu potraktowało owo wydarzenia na poważnie. Publikowane ogłoszenia to z reguły zwykłe żarty, które postanowiono wykręcić samotnym znajomym. Zdarzają się jednak propozycje, które wręcz kipią nadzieją, na to że zwrócą czyjąś uwagę. W końcu człowiek cale życie szuka miłości. Czy Internet to złe miejsce żeby ją znaleźć?

Po sukcesach programów "Rolnik szuka żony", czy "Kto poślubi mojego syna" może okazać się, że staromodny flirt i przypadkowe spotkanie miłości swojego życia na przystanku autobusowym, przechodzą już do lamusa. Dziś liczy się spektakularność i to by Twój romans był na ustach wszystkich. Przy wyborze tej jedynej, musi brać udział cała rodzina, przyjaciele, pies sąsiada i ślący esemesy widzowie. W końcu tylu ludzi nie może się mylić. Kiedyś kierowano się jakimś porywem serca, czy coś takiego. Strasznie głupie...

Mówi się, że Internet stworzono z myślą o nieśmiałych facetach. Gdyby przeprowadzić jakieś szeroko zakrojone badania społeczno-psychologiczne mogłoby się okazać, że w rzeczywistości tak jest. Anonimowość wyzwala w nas wiele śmiałych zachowań. Chętnie dokonujemy ekshibicjonizmu na portalach społecznościowych, dzieląc się wiadomościami, które często trzymamy w tajemnicy przed najbliższymi. Łatwiej także nawiązujemy relacje, niż ma to miejsce w realu. Niejedna osoba na internetowym czacie doczeka się tłumu adoratorów, którzy w dniu spotkania na żywo odkryją, że nick "kruszynka91" był eufemizmem. Rozczarowanie wyglądem ukochanej/ukochanego to również nieodłączny czynniki szukania miłości w Internecie. Nic w tym dziwnego. Żyjemy w czasach, w których szybciej uczymy się posługiwać photoshopem, niż nożem i widelcem.

Czy szukanie męża lub żony na portalach społecznościowych ma jakiś sens? Na pewno tak, podobnie jak szukanie gdziekolwiek indziej. Należy jednak zachować szczególną ostrożność. Znajomości zawierane w ten sposób mogą być bardzo powierzchowne, a relacje nietrwałe. Niektórzy mogą traktować internet jak katalog, który przeglądają w poszukiwaniu idealnego partnera. Nie wspominając już o tych, którzy wykorzystują takie okazje do realizowania seksualnych przygód. Efektem ubocznym tego mogą być niechlubne zdjęcia czy seks taśmy. Niech nie łudzą się Ci, którzy myślą że dzięki tym ostatnim zrobią karierę, jak Paris Hilton. Oczywiście może też dojść do happy endu, w którym dwoje ludzi skończy tę internetową przygodę na ślubnym kobiercu. Wtedy czek nas zalew zdjęć z tego wydarzenia, które pozostanie pięknym wspomnieniem. Kto wie czy bardziej liberalni nie pójdą o krok na przód i nie zdecydują się udostępnić relacji wideo z tego wyjątkowego dnia. A może i z nocy poślubnej? W dobie powszechnego ekshibicjonizmu społecznego, nie powinno to dziwić.

Czy ktoś znajdzie męża i żonę w 2016 r.? To pozostanie tajemnicą, podobnie jak przyszłość każdego z nas. Nie ulega natomiast wątpliwości, że poszukiwania drugiej połówki mogą odbywać się również na współczesnym, cyfrowym Forum Romanum. To dzięki Internetowi możemy zagadać do supermodelki i nie narazić się na wyśmianie. Być może któraś z nich całe życie marzyła o księciu, który króluje na każdym serwerze Counter Strika. Nie należy, przy tym ograniczać się tylko do cyberprzestrzeni. Szukajmy okazji do zawarcia nowych znajomości i nie kierujmy się przy tym uprzedzeniami co do miejsca poznania. I pamiętajmy o tym, że żadna relacja nie posunęła się naprzód od zalajkowania zdjęcia profilowego.




czwartek, 3 grudnia 2015

Co robisz w tym roku w Sylwestra?

























Zajęci codziennymi obowiązkami, żyjemy nieświadomi tym, jak szybko płynie czas. Przeglądając albumy ze zdjęciami z wakacji, mogliśmy pominąć fakt, że zbliża się ten jeden dzień w roku, który wszyscy planują z wyprzedzeniem. Nie mówię tu o Bożym Narodzeniu, ale o imieninach Sylwestra, które rokrocznie świętuje cała Polska. W obliczu tego faktu, każdy z nas zapewne usłyszał już powracające jak bumerang pytanie: co robisz w tym roku w Sylwestra? 


Pytanie to zaskakuje nas bardziej niż pierwszy śnieg kierowców. W momencie, gdy pada, wielu przebiera nerwowo nogami, traci kontrolę nad dłońmi, a zimny pot zrasza ich czoła. "Nie chce mi się nigdzie iść, ale jak zostanę w domu to będzie siara" - myśli część z nas. Okazuje się, że początek grudnia to tak naprawdę ostatni dzwonek, aby coś sobie zorganizować. Po świętach, wszyscy z reguły mają już jakieś plany i marne szanse, że zostaniemy przygarnięci na dobrą imprezkę. W natłoku codziennych obowiązków i przedświątecznych przygotowań ciężko myśleć jeszcze o zorganizowaniu wieczoru sylwestrowego. Czuję się więc w obowiązku, przedstawić moje osobiste propozycje na spędzenie ostatniego dnia w roku. 

1. Domówka

Przyjęcie wyprawiane w czyimś domu, zwane popularnie domówką, to chyba najpopularniejszy sposób na przywitanie Nowego roku, jak i zorganizowania jakiejkolwiek imprezy. Ta forma spędzenia sylwestra niesie za sobą wiele pozytywów. Przede wszystkim to my ustalamy czas i sposób przebiegu zabawy (ewentualnie niezadowoleni sąsiedzi). W naszej gestii leży także skład osobowy, jaki zaszczyci naszą biesiadę. Jak to mówią wolność Tomku w swoim domku. To organizatorzy ustalają co będzie do jedzenia, picia i przy jakiej muzyce będą bawić się uczestnicy imprezy. Nie można nie wspomnieć o ciemnych stronach organizowania domówek. Za wszelkie potencjalne szkody czy zniszczenia, jakie wyrządzą goście będą odpowiadać gospodarze danej imprezy. Może dojść także do sytuacji, w której na naszej zabawie pojawi się tzw. "znajomy znajomego", który nie miał co ze sobą zrobić w sylwestrową noc. Pozornie niewinny koleś po większym spożyciu może okazać się tykającą bombą, która rozniesie nam chatę, a rano tłumaczyć będzie się tym, że nic nie pamięta. Mimo tych potencjalnych zagrożeń, jest to propozycja, którą zdecydowanie polecam! 

2. Klub

W sylwestra wiele nocnych lokali i klubów kusi swoją ofertą i atrakcjami potencjalnych klientów. To co rzuca się, jako pierwsze i z miejsca odstrasza to horrendalnie wysokie ceny. Samo wejście do klubu kosztować nas będzie fortunę, a za wypicie najtańszego drinka zapłacimy więcej niż wart jest barek Aleksandra K. Niestety, jak to często bywa, cena jest odwrotnie proporcjonalna do ilość alkoholu w serwowanym napoju. Dodatkową niedogodnością są tłumy ludzi, z którymi przyjdzie nam się przepychać i walczyć o skrawek parkietu do tańca. Panujące w klubie egipskie ciemności i hałas, który doprowadza do krwawienia małżowin usznych, nie pomogą w nawiązaniu nowych znajomości. Zdecydowanie odradzam.

3. Zabawa w plenerze

Ta opcja może odstraszać niektórych ze względu na mroźne zimowe wieczory. Nawet gorąca atmosfera sylwestrowej zabawy może nie wystarczać. Jednak większość potrafi znaleźć inne sposoby na rozgrzanie się, po czym śmiało rusza w miasto. Zabawa w plenerze nie musi oznaczać bezcelowego szwendania się po ulicach i popijania zza pazuchy. W większych miejscowościach organizowane są koncerty i ciekawe wydarzenia, które odbywają się na świeżym powietrzu. Takie imprezy stanowią ciekawą alternatywę na spędzenie ostatniego dnia w roku. To świetna okazja do tego, żeby zobaczyć ulubionych artystów na żywo, jak i poznać nowych ludzi, którzy również wybrali taką formę świętowania. Spożywanie alkoholu nie jest dozwolone, jednak istnieje duża szansa, że straż czy policja przymkną na to oko, jeśli nie dojdzie do żadnej rozróby. Sylwestrowa noc pod gwiazdami jest zdecydowanie propozycją wartą przemyślenia.

4. Nocny maraton

Utarło się, że sylwester to głównie tańce, alkohol, głośna muzyka i fajerwerki. Na szczęście to tylko schemat, który może zostać przełamany. Kto powiedział, że Nowego roku nie można przywitać na swój własny sposób? Jeśli jesteś kinomanem, zbierz swoje ulubione tytuły i obejrzyj je w towarzystwie najbliższych znajomych i ulubionych przekąsek. Maraton gier komputerowych lub planszowych to idealna opcja, dla grupki przyjaciół, których łączy wspólne hobby, a którzy chcą spędzić niestandardowo ostatnią noc w roku. Lubisz czytać książki? Napchaj waty w uszy o północy i do rana wertuj ulubione tytuły. Nikt nie będzie urządzał Ci życia i mówił, jak spędzisz Sylwestra. Ta propozycja świetnie wpasuje się w gusta tych, którzy mają niestandardowe pomysły na spędzenie 31 grudnia i nie czują presji żeby iść na imprezę.

5. Bal

Każda kobieta marzy o tym, żeby ją zabrać na bal. Szczególnie jeśli jest to bal sylwestrowy. Na pewno będzie elitarnie, dostojnie i szarmancko. Co z tego, skoro przy okazji wydasz całą swoją pensję w jeden wieczór? Organizowane bale to opcja, która pozwoli Ci narobić masy fotek, wypić drogiego szampana i skosztować jedzenia, którego pochodzenia będziesz mógł szukać następnego dnia na Wikipedii. To kolejna z opcji, której nie polecam. Takie imprezy przybierają pozór elitarnych, a panująca na nich atmosfera niewiele różni się od typowych zabaw remizowych. Drogie garnitury, ładnie przystrojona sala i przystawki, których nazwy nie potrafisz wymówić, to elementy charakterystyczne, ażeby przez chwilę poczuć się jak książę William i Kate. Po wszystkim pozostaje mieć nadzieję, że jedyną częścią garderoby jaką zgubi Twoja królewna, będzie jej bucik.

6. Olej to, czyli sylwester z Polsatem 

Nie bez powodu tego wieczoru wszystkie stacje telewizyjne albo nadają sylwestrowe koncerty, albo oferują ciekawe tytuły filmowe. Wszystkim hipsterom i buntownikom z wyboru proponuję samotny wieczór przed telewizorem. Koniecznie jest przywdzianie swojego ulubionego dresu, zamówienie najdroższej pizzy z wszystkimi dodatkami i zakupienie najdroższego alkoholu jaki mieli w osiedlowym monopolowym. A to wszystko należy skonsumować w samotności, rozkoszując się myślą, że inni pocą się teraz w drogich koszulach na imprezie. My natomiast, spędzamy namiętne chwile z naszym teleodbiornikiem. Należy przy tym pamiętać, że kładziemy się spać przed północą i olewamy wszelkie świętowanie związane z nadejściem Nowego roku. Propozycja dla tych, którzy mieszkają na bezludnej wyspie lub tych, którzy chcieliby się tam znaleźć. 

Jak widać sposobów na przywitanie 2016 roku nie brakuje. Każdy znajdzie coś dla siebie lub oleje sprawę i zaszyje się w domu. Nie ma co ulegać presji innych i "musieć" gdzieś iść. Najważniejsze to spędzić ten dzień w taki sposób, w jaki lubi się najbardziej. W  końcu jaki Sylwester, taki cały Nowy rok. Mam nadzieję, że mój krótki przegląd pomoże Wam w wyborze rozrywki na ten dzień. A jeśli już macie jakieś plany, to koniecznie podzielcie się tym w komentarzach!  

czwartek, 29 października 2015

Kto ma głowę pustą jak dynia? Czyli 5 powodów, dla których nie obchodzę Halloween





















Z dyni zrobię zupę, kości rzucą psu zamiast składać szkielet, a futro wilkołaka odwieszę do szafy na zimę. Tak pokrótce mógłbym rozprawić się ze świętem Halloween. Świętem, w którym co roku, świadomie lub nie, biorą udział tysiące osób. Z wesołym świętowaniem ma ono, jednak niewiele wspólnego. Odwołuje się ono do kultu śmierci, okultyzmu, ciemności, a przede wszystkim trywializuje dzień pierwszego listopada. W takich chwilach jako dumny obywatel ciemnogrodu, zmuszony jestem interweniować i wyrazić swój sprzeciw. Oto 5 powodów, dla których moim zdaniem tego typu uroczystości powinny zostać obchodzone... szerokim łukiem.



1. Swoje znacie, cudze przyswajacie


Kiedy zbliżają się Walentynki słyszymy ogólnonarodowy ból tyłka z tego powodu, że duża część społeczeństwa ślepo przyswaja obce tradycje. W przypadku Halloween sprzeciw ten nie jest już tak głośny, bądź w ogóle nie występuje. Rozumiem, że wynika to głównie z tego, że nie wszyscy mogą cieszyć się dniem 14 lutego z prostego powodu - braku drugiej połówki. Każdy natomiast może owinąć się papierem toaletowym, wyć jak oszołom i biegać po sąsiadach żądając słodyczy. Coś, jednak jest nie tak, skoro dość wybiórczo traktujemy poszczególne święta,czy tradycje. Warto więc spojrzeć w lustro i zadać sobie jedno zarąbiście, ale to zarąbiście ważne pytanie: czy, aby nie jestem hipokrytą?

2. Babci świeczkę, diabłu ogarek


Zwróćmy uwagę, że data obchodzenia Halloween (31 października) nie jest tu bez znaczenia. Występuje ona w przeddzień naszego święta zmarłych. Święta mającego charakter kontemplacyjny. Każdy z nas, bez różnicy wierzący czy niewierzący, na pewno uda się na groby najbliższych, którzy odeszli. Czy zapalając świeczkę będziemy czuli się ok, z myślą że dziś wspominamy, jak bolesnym uczuciem była dla nas śmierć bliskiej osoby, a dzień wcześniej mieliśmy niezły ubaw z tejże śmierci? To tak, jakby policjant będąc w cywilu łamał otwarcie przepisy ruchu drogowego, a na służbie z powagą na twarzy namawiał do ich bezwzględnego przestrzegania. Lekki dysonans,co?


3. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o...


Duże pokłady zielonej kapusty, zwanej też pieniędzmi. Okazuje się, że Halloween to intratny biznes. Skutecznie zapycha kieszenie producentom gadżetów, kostiumów czy słodyczy. Z tej okazji bogacą się także organizatorzy imprez w mrocznym klimacie. Wstęp oczywiście w kostiumie. Nie dziwi więc w takim wypadku, że media nie mają nic przeciwko kolejnemu pseudo świętu, które pozwoli im wyciągnąć kasę z kieszeni klientów jeszcze przed 6 grudnia. Widać właściciele knajp i producenci zabawek pozazdrościli zysków sprzedawcom zniczy i wiązanek. 


4. Średniowiecze!


Ostatnimi czasy w naszym kraju, szczególnie w środowisku politycznym, modne stało się rzucanie oskarżenia, że cofamy się do średniowiecza. Sam dźwięk tego słowa powoduje, że blady strach pada na wiele twarzy. Zupełnie tego nie rozumiem, jednak "średniowiecze" stało się pejoratywnym określeniem w naszym kraju. Sugeruje ono zacofanie i ciemnotę. Cóż, okazuje się, że święto Halloween pochodzi z jeszcze bardziej zamierzchłych czasów. Otóż zaczęto je praktykować ponad 2 tys. lat temu, czyli na długo przed nastaniem wieków średnich. Ci, którzy tak stanowczo zarzucają innym zacofanie, niech zastanowią się czy sami ślepo nie angażują się w ciemnotę.

5. Bal u rogatego


Ten argument trafi zapewne do niewielu, jednak jest na tyle istotny, że grzechem byłoby o nim nie wspomnieć. Święto Halloween zaadoptowane zostało przez wiele sekt, w tym satanistów. Jeżeli jedna z najbardziej destruktywnych ideologii popiera i firmuje takie zabawy, należałoby przemyśleć swój udział w nich. Naturalną konsekwencją są także zagrożenia duchowe, które pojawiają się jako następstwa rozrywek w stylu "trick or treat". Samo przebieranie się już stanowi pewien symbol i włącza nas w obchody pseudo święta. Można oczywiście odrzucać wszelkie duchowe aspekty Halloween i bronić się przed nimi biorąc na sztandar swój ateizm. Niewiara, jednak nie chroni nas przed niebezpieczeństwami jakie niesie diabelska uroczystość. Uprawiając sporty ekstremalne, raczej kupię kask, a nie będę się upierał, że nie wierzę w urazy głowy. Na koniec oddaję głos wujkowi La Vey'owi, który to... a z resztą, od czego macie google.



Może pięć przykładów to nie wiele, jednak dłuższe rozpisywanie się mogłoby rozmazać mój ogólny pogląd na to pseudo święto. Jest to narzucona przez media i zachodnią kulturę zabawa, która na dodatek głosi treści godzące w powagę święta zmarłych. Pamiętajmy o tym, że posiadamy własne zwyczaje i tradycje. Jasno widać, że wprowadzanie obcych świąt służy jedynie celom komercyjnym. Być może część z Was uzna mnie za oszołoma, któremu mózg porósł moherem. Mało mnie to obchodzi, szczególnie że opinia tłumu zmienia się tak często, jak kostiumy na Halloween.   

niedziela, 25 października 2015

Co przyniesie jutro?

Takiego scenariusza nie przewidziałby wróż Dawid. PiS na czele, PO w ogonie. Niby nic dziwnego, ale jednak człowiek czuje jakiś dysonans. Sytuacja się zmienia. Przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Państwo wyznaniowe? Ciemnogród? Republika kościelna? Z lampką wina człowiek przypatruje się i rozważa swój los. W międzyczasie czyta komentarze na facebooku i stara się zrozumieć, wyjątkowo umiarkowany wylew hejtu. 


Wspólnie z kolegą blogerem, Łukaszem poczuliśmy się wywołani do tablicy.

Powracają jak refren w nudnej piosence tematy smoleńska, pancernej szafy w której ukrywa się Macierewicz i masowej emigracji. Jak widać wielu w nieskończoność odkłada plany o wyjeździe. Być może pakują dobytek z państwa znajdującego się w ruinie. Kto przegrał? Demokracja, to pewne. Frekwencja wynosząca około 51,6 % to śmiech na sali. Okazuje się, że większość społeczeństwa żąda praw, z których tak naprawdę w ogóle nie korzysta. No bo czy ruszenie tyłka raz na 4 lata, żeby postawić krzyżyk na kartce to taki wielki wysiłek? Niech każdy odpowie sobie na to sam. 

Tymczasem cieszy duża roszada w sejmie. Pojawienie się partii Kukiz w składzie to na pewno inwestycja w nową jakość. Nowoczesna? Hmmm izraelscy bankierzy mają w końcu jawną reprezentację. PSL jest jak film, "Niekończąca się opowieść", myślę, że ich obecności w sejmie możemy się spodziewać do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co do partii KORWIN to bez względu na wszystko uważam, że przekroczenie progu należy im się jak psu buda. Należy docenić wysiłki przede wszystkim młodych ludzi działających w tym ruchu. Ugrupowanie RAZEM? WOW! Dowód na to, że media to rzeczywiście czwarta władza. W 3 dni udało im się osiągnąć ponad 4 %, dzięki wzmożonej promocji przez media. Dwie główne partie? Wynik PO to konsekwencja ich działań i decyzji. Wszelkie żale i pretensje są wielce nieuzasadnione. Wynikają one jedynie z niezrozumienia sytuacji i tego, że naprawdę oderwali się od rzeczywistości. Gratuluję zwycięstwa Jarkowi i temu, że wyskoczył z kapelusza. Jednak nie o zwycięstwo partii tu chodzi. Najważniejsze jest zwycięstwo Polski i miejmy nadzieję, że za tej kadencji do tego właśnie dojdzie.

"Zapisane na maszynie", Bartosz Orzechowski

Zdanie Łukasza:
Wybory parlamentarne nie przyniosły właściwie większego zaskoczenia. Można by powiedzieć, że wyniki dało się wywróżyć z fusów w kawie, co zresztą dzielnie czynił od samego rana #bazarek wraz z całą Twitterową społecznością. I nie było w tym nic złego - ceny pistacji, pomidorów i ciasteczek bawiły wielu Polaków przez tych kilka godzin oczekiwania i nadziei, by w końcu połączyć nas we wspólnym „bulu”.

Prawdę powiedziawszy nie mogę się doczekać wszystkich komentarzy, których będę słuchał przez najbliższy miesiąc, że z powodu wygranej PiSu większość moich znajomych opuszcza kraj i leci razem z córką premier Kopacz do Kanady, by zapuścić brodę i zostać drwalem. Ja tu natomiast zostanę i cierpliwie poczekam na jakiekolwiek zmiany, bo te… jeśli kiedykolwiek nadejdą, to nie prędzej jak za 50 lat. Czy to będą pistacje, czy pomidory, czy nawet umywalki - wszystko jedno. Wszyscy oni „po godzinach” przecież spotykają się przy jednym stole, by wspólnie obalić niejedną butelkę wysokoakcyzowych trunków. Więc jaka różnica, czy nazwiemy to katarem, czy przeziębieniem?

Co do Pawła Kukiza i Ryszarda Petru - miło, że wpadliście. Szkoda jednak, że PSL nie doczeka się wicepremiera, bo na jego stanowisku zasiądzie jeden z rezydentów Wawelu. Poza jednak całą tą średniowieczną otoczką nie powinno zmienić się zupełnie nic.

Wspólnie więc zaśpiewajmy…

"O wszystkim i o niczym", Łukasz Heger

Blog Łukasza :)